Logowanie

Logowanie

Polski artysta ma śpiewać po polsku. Wtedy puszczą go w radiu

Wpisany przez D-LINE    wtorek, 03 stycznia 2012 17:14

Wraz z początkiem nowego roku w życie weszły zapisy ustawy medialnej, nakazującej nadawcom promowanie piosenek śpiewanych w języku polskich. Nowelizacja błyskawicznie podzieliła branżę. - To dyskryminacja artystów, którzy nie śpiewają po polsku - twierdzą jej przeciwnicy.

Artyści, którzy domagali się większej obecności polskiej muzyki w mediach, mają powody do świętowania. Sprawa była poruszana od dawna, w tym przez gwiazdy polskiej estrady - m.in. Marylę Rodowicz, Katarzynę Nosowską i Muńka Staszczyka. Do nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji jednak doprowadziła nie społeczna dyskusja, ale dyrektywy unijne.

Chodzi o wpis do ustawy, który uściśla procentową gwarancję promowania polskiej muzyki w radiu. Dotychczas wiele stacji radiowych emitowało polską muzykę w nocy, co w praktyce oznaczało, że i tak nikt jej nie słuchał.

Teraz w życie wszedł zapis głoszący, że 33 proc. miesięcznego czasu nadawania (do tej pory było to 33 proc. na kwartał) zajmować muszą w programach radiowych "utwory słowno-muzyczne wykonywane w języku polskim". Istotna zmiana dotyczy czasu emisji - 60 proc. ma być nadawane w godzinach najwyższej słuchalności, a więc od 5 do 24. Nowelizacja wspiera też debiutantów, bo ich utwory na antenie mają być liczone podwójnie.

Rewolucja czy koń trojański?

Nowy zapis od początku wzbudzał kontrowersje. Szczególnie sprzeciwili jej się wykonawcy reprezentujący scenę klubową. Wystosowali nawet petycję do prezydenta Bronisława Komorowskiego, w której domagali się, żeby w terminie "polska muzyka" mieścili się również ci artyści, którzy nie śpiewają po polsku.

- Podobny zapis funkcjonuje we Francji i dziś jest nazywany koniem trojańskim - alarmował na łamach "Gazety" Krzysztof Nolbert, producent i jeden ze współautorów internetowego apelu. Tak to tłumaczył: - Żeby osiągnąć sukces za granicą, Francuzi najpierw muszą wskoczyć na pierwsze miejsce listy przebojów w swoim kraju. Wtedy jednak muszą śpiewać w lokalnym języku, a to oznacza, że nie są zrozumiali dla obcokrajowców.

Petycję poparli m.in. Remigiusz Łupicki, założyciel wytwórni My Music, a także znany producent muzyczny Robert M. Tymczasem Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego odpowiadało, że nowelizacja wiąże się z ustawą o ochronie i promocji języków narodowych, która jest "jedną z naczelnych zasad Unii Europejskiej" i dlatego promuje "wykonawców śpiewających tylko po polsku".

A co z utworami instrumentalnymi polskich artystów - np. utworami Chopina czy Leszka Możdżera? Te też nie mieszczą się w ustawie, bo "zamiarem zapisu jest ochrona języka polskiego, a nie polskiej twórczości samej w sobie".

Artyści mają prawo czuć się dyskryminowani

Problem był poruszany przez dziennikarzy muzycznych. Zdaniem części z nich, nowelizacja marginalizuje tych, którzy liczą na międzynarodowy sukces, więc z premedytacją piszą teksty po angielsku. I robią to niejednokrotnie znacznie lepiej niż ich koledzy po fachu w języku polskim. Jest ich całkiem sporo - m.in. Baaba Kulka, Paula i Karol, Julia Marcel czy nagrywająca od kilku lat w Wielkiej Brytanii Pati Yang.
 

źródło:gazeta.pl


 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

stat4u